Transport i podróże w I Rzeczypospolitej

Podróże w I Rzeczypospolitej pomimo bardzo złego stanu dróg i mostów były częste, zwłaszcza wśród przedstawicieli stanu szlacheckiego. Jeżdżono do krewnych i znajomych, na procesy sądowe, a także na sejmiki i okazowania. Szczególnie okazałe były orszaki magnackie, często liczące kilkadziesiąt wozów i kilkaset koni.

Ze względu na jakość szlaków lądowych duże znaczenie w transporcie masowym miał spław rzeczny. Polacy podróżowali także po Europie – zarówno w celach edukacyjnych, jak i krajoznawczych bądź dyplomatycznych. Od XVII wieku zaczęła się ujawniać widoczna ksenofobia i ignorancja polskich podróżników, uznających odwiedzane kraje za gorsze, a ich mieszkańców za „prostaków” i „chłopów”.

Szlaki drogowe i mosty

Stan dróg w Rzeczypospolitej był bardzo zły, co stwierdzali zarówno Polacy, jak i cudzoziemcy. Trakty były w większości nieutwardzone i silnie wyjeżdżone. Jesienią i podczas wiosennych roztopów zamieniały się w błotne grzęzawiska, natomiast latem podróżni zmuszeni byli przemieszczać się w tumanach kurzu. Zimą zaspy i zamiecie w wielu miejscach niemal uniemożliwiały transport. Dodatkowy problem stanowił brak mostów lub ich kiepski stan. Przyjęło się nawet przysłowie: Polski most, niemiecki post, włoskie nabożeństwo, wszystko to błazeństwo. Za przejazd przez ważniejsze z nich trzeba było dodatkowo płacić. W zamian właściciele przepraw zobowiązani byli do utrzymania ich w dobrym stanie. W rzeczywistości o mosty nikt nie dbał i rzeki często trzeba było pokonywać brodami. Tam gdzie rzeka była szersza i głębsza uruchamiano niekiedy przewozy obsługiwane przez prom lub szeroki, płaskodenny statek.

Karczmy Zobacz więcej w osobnym artykule: karczma.

Karczma „Rzym” z XVIII w.
Stan obecny

Na nocleg zatrzymywano się u znajomych i krewnych, w klasztorach lub w przydrożnych karczmach. Jakość tych ostatnich pozostawiała wiele do życzenia. Przeważnie były one brudne, pełne robactwa i słabo zaopatrzone. Panującą w nich sytuację przedstawił podróżujący po Małopolsce w XVIII w. śląski lekarz Jan Jakub Kausch:

Podróżny nie ma co marzyć o gościnnym pokoju, o łóżku, nie może nawet liczyć, że zaspokoi głód. Zajazd w mieście czy na wsi tym tylko różni się od zwykłego domu, że składa się z jednej wielkiej izby z kominem i ma wielką stajnię dla koni podróżnych. Kto przywiezie z sobą znaczny zapas żywności i inne niezbędne przedmioty, może oczywiście liczyć na zabezpieczenie pozostałych drobnych potrzeb; kto jednak tego nie uczyni, dotkliwie poczuje braki na każdym kroku[1]

Karczmy cieszyły się często złą opinią, jako ulubione miejsca wszelkiej maści „ludzi gościńca”: przestępców, włóczęgów i prostytutek. Jedynie wyższej klasy lokale posiadały wydzielone sale dla lepszej klienteli. Dopiero pod koniec XVII wieku zaczęły powstawać hotele. Pierwszym z nich był wybudowany w latach 90. tegoż stulecia warszawski „Marywil”.

Transport wodny Zobacz więcej w osobnym artykule: flis.

Ze względu na stan traktów drogowych główną rolę w transporcie masowym odgrywał spław rzeczny. Rzeki takie jak Wisła, San, Bug, Narew, Warta i Dźwina stanowiły podstawowe arterie komunikacyjne Rzeczypospolitej. Głównym portem docelowym był Gdańsk, mniejszą rolę odgrywały Szczecin i Ryga. Sezon żeglugowy trwał od marca do listopada. Spławiano głównie zboże, którego transport organizowali magnaci, szlachta, duchowieństwo, mieszczaństwo, a nawet zamożniejsi chłopi pomorscy.

Towary spławiano rozmaitymi pojazdami wodnymi: od dużych wiosłowo-żaglowych szkut po proste barki i tratwy. Ich obsługę stanowił zespół fachowców. Najważniejszym z nich był kierownik spławu (szyper), któremu podlegali: pilot (retman), sternicy i stanowiący personel podstawowy flisacy (oryle).

Dużo mniej popularna była żegluga morska. Poza zamieszkującymi wybrzeże rybakami i marynarzami na morze zapuszczali się nieliczni. Nawet główne miasto portowe, Gdańsk, niemal nie posiadało własnej floty i korzystało z usług obcych armatorów.

Formy transportu lądowego Przybliżona prędkość podróży
(km/h)
pieszo 3-4
wozem 5
konno 8
dyliżansem 18
w kawalkadzie magnackiej 25-60 dziennie

Biedniejsi podróżni przemieszczali się pieszo, inni jeździli konno lub korzystali z rozmaitych pojazdów kołowych. Pojazdem dla ludzi niezamożnych była tzw. kolasa, czyli zwyczajny wóz z miejscami do siedzenia. Odmiennych wehikułów używali ludzie bogaci. Przyjęte było, że szlachcic podróżował konno, chyba, że nie pozwalały mu na to wiek lub zdrowie. W XVI w. wśród warstw wyższych rozpowszechniła się kolebka z pudłem zawieszonym na rzemiennych pasach. Sporą popularnością cieszyły się również kryte wozy zwane koczami lub kotczymi. Magnateria od XVII w. używała luksusowych, bogato zdobionych karet i karoc. W XVIII w. do użytku weszły lekkie pojazdy przeznaczone do krótkich podróży i spacerów: wizawy, faetony, kariolki i soliterki.

Prędkość podróży była różna, co przedstawia zamieszczona obok tabela.

Konie polskie

„W stajni bogatego magnata”, D. Chodowiecki 1773

Na szeroką skalę w Rzeczypospolitej prowadzono hodowlę koni, których rasa wyginęła pod koniec XVIII wieku. Wielkopańskie stadniny liczyły często nawet kilka tysięcy wierzchowców i cieszyły się sporą estymą zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Hodowle prowadzili między innymi Buczaccy w Buczaczu, Sobiescy w Żółkwi i Chodkiewiczowie w dobrach lachowieckich. Także średnio zamożni szlachcice posiadali często nawet po kilkadziesiąt koni. O zwierzętach tych członek rodu Grocholskich pisał:

Mówcie wy sobie o angielskiej rasie,
O zimnokrwistych także Perszeronach!
Dyskutujcie w zgiełku i hałasie
O cudzoziemskich wymokłych ogonach.
Lecz kto rzetelnie i prawdziwie zna się
Na wytrzymałych i szlachetnych koniach,
Ten wie dokładnie, że z koni Podolskich
Powstała sławna rasa koni Polskich.[2]

Koni używano nie tylko do transportu, ale także do ćwiczeń rycerskich. W Rzeczypospolitej prawie nie praktykowano ćwiczeń pieszych, co Łukasz Górnicki podsumował słowami: w piły nie grywamy, jak we Francji. Konie polskie ze względu na ich siłę i wytrzymałość wykorzystywano również w roli wierzchowców wojskowych.

Szlachecki tabor podróżny

Kareta arcybiskupa lwowskiego z XVIII w.

Brama tryumfalna z Atlasem i Herkulesem wystawiona w Gdańsku na cześć Ludwiki Marii Gonzagi (Arcus Gratiae et Pacis), 1646

Wielkość taboru, jego okazałość i liczba służby świadczyły o bogactwie i pozycji podróżującego. Przedstawiciel szlachty średniej przemieszczał się najczęściej w karawanie złożonej z czterech wozów. Pierwsza kolebka przeznaczona była dla pana, chyba, że podróżował on konno. Dalej jechały kareta pani i wóz z kuchnią. Orszak zamykał przeznaczony na garderobę, pościel i serwis podróżny wóz skarbny. Taborowi towarzyszyło kilka luźnych koni i gromada czeladzi. Służba zaspokajała potrzeby państwa, jak również pełniła rolę obronną i zapewniała siłę potrzebną np. przy wyciąganiu wozów z grzęzawiska lub przepychaniu ich przez brody.

Kawalkada magnacka

Znacznie okazalej podróżowali magnaci, którzy w ten sposób starali się okazywać swoją pozycję społeczną. Ich tabory często składały się z kilkunastu, lub nawet kilkudziesięciu wozów: skarbnych, kuchennych, piwnicznych, karet dla dam, kolebek dla dworzan itd. Do wozów zaprzęgano po sześć, lub nawet osiem koni, mimo że wystarczyły trzy lub cztery. Kawalkadzie towarzyszyły też setki służących. Większość z nich nie pełniła żadnej funkcji, ale samą obecnością świadczyli o zamożności pana. Dla okazania zbytku białym koniom malowano na czerwono grzywy, a pojazdy bogato zdobiono. Obijano je kosztownymi materiałami, ozdabiano kobiercami, złoceniami i rzeźbami. Już Mikołaj Rej opisywał owe rozliczne, a dziwnie przyprawne kolebki z wywieszonymi kobiercy, z altembasowymi wezgłowiami, ze szkarłatnymi pomponami, z pozłocistymi lewki.

Wiele informacji o bogactwie i liczebności magnackich kawalkad znajduje się w zachowanych źródłach. Wojewoda kijowski Wasyl Konstanty Ostrogski w każdą, nawet najkrótszą podróż zabierał wóz kosztowności: trzy tuziny złocistych półmisków, kilka tuzinów talerzy pozłocistych, lub także całozłocistych, kilka tuzinów talerzy białosrebrnych, sześć mis olbrzymich rozmiarów, kilka tuzinów łyżek, dużą wannę srebrną ze złocistymi obręczami, nie wliczając flasz i kubków itd. Podobnie czynili inni magnaci zabierając ze sobą liczne zbroje, szaty i klejnoty. O ogromie podróży możnowładczych świadczą słowa Bogusława Radziwiłła z 1665 roku skierowane do jego narzeczonej: choćbym incognito do Mitawy przyjechał, tobym przecież musiał mieć 1000 koni i ludzi ze sobą, tobym razem całą Mitawę wyjadł. Magnat nie przesadzał, bo np. podróż księcia Adama Czartoryskiego z Puław na Wołyń odbyła się w 400 koni i 14 wielbłądów. Podobnie książę Karol Radziwiłł w 1778 wjechał do Lwowa poprzedzony karawaną wielbłądów i jucznych mułów. Tego typu wjazdy, zarówno magnatów, jak i królów, stanowiły wielkie uroczystości, a niekiedy urastały wręcz do rangi świąt publicznych. Ozdabiano domy i ulice, a nocą bogato oświetlano miejsce przejazdu orszaku. Często stawiano nawet specjalne konstrukcje okolicznościowe, w tym przede wszystkim bramy triumfalne.

Dokładny opis pełnych zbytku podróży Stanisława Lubomirskiego znajduje się w broszurze jego kuchmistrza Stanisława Czarnieckiego. Wyjazd kawalkady rozłożony był na 5 dni. Pierwszego ruszał oddział nadwornej piechoty węgierskiej, drugiego orszak koni wozowych i wierzchowych, trzeciego muzykanci, czwartego „myślistwo”, a dopiero piątego sam Lubomirski z dworzanami. Karecie towarzyszył orszak ubranych w srebrne zbroje kozaków i drużyna dragonii. Dalej poruszał się długi szereg koczów wiozących świtę magnata.

Podróże magnatów wiązały się z gigantycznymi kosztami. Przykładowo wyprawa Szczęsnego Potockiego z Tulczyna do Lubomla w 1792 kosztowała bardzo wysoką na owe czasy kwotę 372 000 złp. Przepych orszaków w satyrycznych słowach podsumował Sebastian Fabian Klonowic, autor Worka Judaszowego:

I animusz to lichy, poszedł na prostaka,
Który tysiąca osób nie chowa orszaka,
A już swego szlachectwa wiele ten uroni,
Komu woza nie ciągnie procesyja koni

Podróże krajowe

Stan arterii komunikacyjnych i zamknięty, samowystarczalny charakter dworów szlacheckich mógłby sugerować, że mieszkańcy Rzeczypospolitej opuszczali swoje domostwa rzadko i tylko, kiedy było to absolutnie konieczne. W rzeczywistości sytuacja była odwrotna: Polacy podróżowali bardzo często i z wielu różnych pobudek. Sytuację trafnie podsumowuje niemiecka przypowieść, zgodnie z którą życie Polaka upływało na trzech rzeczach: deklamacji, hulance i podróżach (łac. declamationes, comessationes et profectiones quotidiance). Podobne opinie wygłaszali sami Polacy, jak i przybysze z zagranicy. Przykładowo Francuz Laboureur nazywa mieszkańców Rzeczypospolitej największymi podróżnikami Europy (fr. les plus grands voyageurs de l’Europe). Również źródła polskie ukazują liczne przykłady szlachcica „przewoźnego”, podróżującego „rzemiennym dyszlem”.

Mieszczaństwo i chłopi

Chłopi i mieszczanie podróżowali niezbyt często i przede wszystkim w interesach. Pieszo lub wozem wyruszali na targi i jarmarki. Ruchliwość pierwszej z tych grup ograniczało przywiązanie do ziemi i zamknięta struktura folwarku pańskiego, natomiast drugiej zakaz posiadania pozamiejskich dóbr ziemskich. Przedstawiciele żadnej z tych warstw nie podróżowali w celach politycznych ze względu na bardzo ograniczone prawa publiczne. Zarówno kwestie władzy, jak i wojskowości pozostawały w gestii szlachty.

Szlachta

Szlachta podróżowała z licznych i zróżnicowanych pobudek. Często odwiedzano znajomych i rodzinę. Włoski obserwator zanotował, że Polacy byli w ciągłym ruchu do krewnych i przyjaciół i nie odstraszała ich nawet stumilowa odległość. Poza folwark wyruszano także w interesach handlowych i celem prowadzenia spraw sądowych. Procesy były wśród szlachty rzeczą powszechną. Jak stwierdził Władysław Łoziński nie było prawie szlachcica, który by nie chadzał do prawa, nie potrzebował oblatować jakiegoś przywileju, munimentu, intercyzy; aktować czegoś ku wiecznej rzeczy pamięci, obdukować, manifestować się lub protestować. Szlachta jako warstwa rządząca zbierała się także na sejmikach, gdzie m.in. wybierano posłów na sejm i deputatów do trybunału. Rzadziej stawiano się na okazowaniach, czyli obowiązkowych, ale przy tym powszechnie ignorowanych przeglądach wojskowych. Jeżdżono również do szkół: przede wszystkim kolegiów jezuickich i pijarskich oraz protestanckich gimnazjów.

Cel podróży stanowiły zwykle miasta wojewódzkie i to one były połączone głównymi szlakami komunikacyjnymi. Szczególne znaczenie posiadały stolice państwa: Kraków, Warszawa i Wilno, oraz siedziby trybunału koronnego: Lublin i Piotrków. Handel skupiony był w Gdańsku i Toruniu, tam więc często wyruszano w interesach.

Wymiana listów

Ważną rolę w życiu szlachty i mieszczaństwa pełniła wymiana listów. Sztuką epistolarną zajmowali się przede wszystkim przedstawiciele warstw wyższych, którzy w korespondencji podejmowali nie tylko kwestie prywatne ale również sprawy państwowe. Rozwożeniem listów zajmowali się prywatni posłańcy nazywani kozakami. Na bliższe odległości rolę gońców pełnili także chłopi pańszczyźniani. Koszty utrzymania posłańców i konieczność opłacenia ich podróży sprawiała, że korespondencja była stosunkowo powolna i często czekano z wysłaniem listów. Wojewoda poznański Krzysztof Opaliński pisał do brata Łukasza: Datum w dzień Świąteczny 1642, dlatego tak późno, bom nie chciał kozaka aż do Rytwian darmo turlać[3]. Sytuację poprawiło utworzenie w 1558 r. przez króla Zygmunta Augusta stałej poczty. Początkowo łączyła ona Kraków z Wenecją, ale z czasem objęła większość ważniejszych miast kraju. Jej działalność zanikła zupełnie w efekcie licznych wojen XVII w., co ponownie zmusiło magnatów do zatrudniania prywatnych gońców.

Podróże zagraniczne

„Polski jeździec zwrócony w prawo” Stefano della Belli

Opinia o Polakach-podróżnikach nie wynikała jedynie z ich tendencji do przemieszczania się po kraju. Mieszkańcy Rzeczypospolitej rzadziej, ale wyruszali także za granicę. Szczególnie w XVI w. popularne były wyjazdy edukacyjne. Powszechność podróży nie zmalała z czasem, pomimo rozpowszechnienia nacechowanych ksenofobią poglądów doby sarmatyzmu. W XVII i XVIII w. po Europie podróżowali liczni magnaci Polscy, których orszaki wzbudzały zdziwienie, a często również podziw.

Podróże edukacyjne

Wielu polskich twórców epoki renesansu chwaliło ideę wysyłania szlacheckiej młodzieży na studia w Zachodniej Europie. Tego typu edukację uzyskał między innymi Mikołaj Kopernik studiujący w Bolonii i Padwie i Jan Kochanowski, absolwent uniwersytetu w Padwie. Nawet Mikołaj Rej, powszechnie uznawany za domatora, cytując słowa Łozińskiego cały obrosły mchem polskim, pisał, że nadobna to jest rzecz młodemu człowiekowi do cudzych krajów przyjeżdżać. Największą popularnością cieszyły się uczelnie włoskie (Padwa, Bolonia, Rzym), później również niemieckie i francuskie.

Już Rej przestrzegał by młodzieniec nie tylko z poskoczki, z perfumowanymi rękawiczkami, z pstrymi kabatki do domu przyjechał, jednak zakrojona na szerszą skalę krytyka zagranicznych wojaży narosła dopiero XVII wieku. Wraz z rozpowszechnieniem idei sarmatyzmu, w tym poglądów o wyższości i wyjątkowości polskiej szlachty, zaczęto dostrzegać liczne niebezpieczeństwa związane z wysyłaniem młodzieży na zagraniczne studia. Jakub Sobieski pisał o Polakach, że sroga ich rzecz, co cielęciami przyjeżdżają do cudzej ziemi, a wyjeżdżają z niej wołami. Podobnie Andrzej Maksymilian Fredro ubolewał, że więcej występków z obcych krajów wywozimy niźli nauki, więcej lekkości niżeli grzeczności. W podobnym tonie wypowiadali się moraliści XVIII w., a także obcy obserwatorzy. Jeden z nich postawił tezę, że jeśli duch patriotyczny wygasł w Polsce, to główną tego przyczyną były podróże. Nie dziwi w tym świetle list hetmana Stanisława Żółkiewskiego, w którym odradzał on żonie wysyłanie syna za granicę, bo stamtąd zgoła rzadki z czym dobrym przyjedzie.

W efekcie krytyki w XVII w. podróże edukacyjne, tzw. turę kawalerską, odbywali już niemal tylko synowie magnatów. W większości zresztą zapisanie się na wykłady było jedynie wymówką, bo nieliczni podróżnicy rzeczywiście podejmowali studia. Tego typu wyprawę, mającą na celu raczej zabawę niż naukę, zaprezentował Ignacy Krasicki w pierwszej polskiej powieści: Mikołaja Doświadczyńskiego Przypadki.

Wyjazdy krajoznawcze i stosunek Polaków do odwiedzanych miejsc

W XVI wieku wśród zamożnej szlachty sporą popularnością cieszyły się krajoznawcze wyprawy do Europy Zachodniej, przede wszystkim Włoch. Miały one swoje korzenie w prądach humanistycznych i poglądach renesansu. Podróżował m.in. Jan Kochanowski, co opisał we fraszce Do gór i lasów. W długą podróż po obcych krajach wybrał się również wojewoda sieradzki Stanisław Łaski. Miał on w połowie XVI wieku odwiedzić Włochy, Niemcy, Francję, Hiszpanię, Węgry, Turcję, a także kraje Azji i Afryki. Krótsze wyprawy podejmowali m.in. Jan Szczęsny Herburt i Jan Tęczyński. Popularność tego typu wyjazdów nie zmalała w XVII w. Z epoki sarmatyzmu zachowały się przede wszystkim relacje magnatów, którzy Rzeczpospolitą opuszczali z misjami dyplomatycznymi, ale także diariusze wspominające duże liczby rodaków spotykanych na traktach. Większość z nich powracała z obcych krajów utwierdzona w mniemaniu o wyższości Polaków nad innymi nacjami. Jerzy Ossoliński niemal z pogardą mówił o Holendrach: rusticitas pysznego chłopstwa, tj. panów tam urzędujących. Podobnie młody Andrzej Stanisław Załuski, późniejszy kanclerz i biskup, z politowaniem opisywał w swoich pamiętnikach hiszpańskich i portugalskich dostojników, których uważał za prostaków i ludzi grubego umysłu. Nie inaczej w 1624 r. wyrażał się towarzyszący Władysławowi IV Stefan Pac o Szwajcarach, oburzony familiarnością, którą to chłopstwo sobie uzurpowało. Wyjątek na tym tle stanowili podróżnicy w rodzaju Jana Zawadzkiego. Ten w 1633 roku wyruszył w misji dyplomatycznej do Anglii. Po drodze miał okazję odwiedzić port w Amsterdamie, na temat którego zapisał: Oby i u nas to wszystko widzieć można!

Liczni magnaci przy okazji wyjazdów zajmowali się również zwiedzaniem obcych krajów. Ich relacje często ukazują zauważalny brak wykształcenia i ignorancję. Przykładem mogą być zapiski wojewody mińskiego Krzysztofa Zawiszy, który w 1700 r. wybrał się w podróż do Włoch. Wyżej cenił on księgi z drzewa robione, których od prawdziwych ksiąg rozróżnić trudno niż malowidła Tintoretta i Tycjana, a Bolońską wieżę Asinellego ochrzcił mianem oślej wieży. Chwalił również Sąd Ostateczny w kaplicy sykstyńskiej malowany od sławnego malarza Archanioła Gabriela.

Podróże magnackie i związane z nimi koszty

Wjazd poselstwa Jerzego Ossolińskiego do Rzymu, akwaforta autorstwa Stefano della Belli

Podobnie jak w kraju, tak i za granicą orszaki polskich magnatów były bardzo bogate i liczne. Przykładowo Jerzy Ossoliński wkroczył w 1633 do Rzymu w sto koni i wielbłądów przybranych w zdobione uprzęże. Zasiadała na nich szlachta w narodowych strojach oraz jeńcy z krajów wschodu. Konie podkuto tak, by podczas przejazdu gubiły na bruku złote podkowy, a młodzież szlachecka rzucała w stronę tłumu złote monety. Tego typu ceremonie były bardzo widowiskowe, nie dziwią więc słowa angielskiej historyczki Katarzyny Macaulay, która przypisała Polakom obfitość „cech zbytkowych” (ang. fine qualities which may be called luxuries). Magnackie legacje były też wyjątkowo drogie. Przykładowo dyplomatyczna podróż Michała Radziwiłła do Austrii i Włoch w 1674 kosztowała 744 000 złp. i pochłonęła subsydia papieskie udzielone Rzeczypospolitej. Przekonujący dowód kosztowności zagranicznych wojaży pozostawił hetman Krzysztof Radziwiłł w Ultimatum skierowanym do opiekuna jego syna, Janusza: Nie na tom go do cudzych krajów wysłał, nie na taki koszt ważę, aby się Janusz norymberskich pierniczków robić nauczył; siedźcie tam sobie jako raczycie, nudźcie się, jako chcecie, bo o was pewnie ani wiedzieć, ani myśleć nie będę (…) i halerza jednego nie poślę, choćbyście w turmie zgić mieli. Ten ostry w słowach list był odpowiedzią na koszty podróży, która już za te dwie lecie, jako z Polski wyjechali pochłonęła ponad 100 000 złp.

Podróże wojskowe

Swoistym rodzajem podróży zagranicznych były akcje zbrojne w obcych krajach. Za granicą walczyli przede wszystkim Lisowczycy, ale w wyjątkowych przypadkach poza tereny państw bezpośrednio graniczących z Rzeczpospolitą zapuszczało się również pospolite ruszenie. Przykładem jest kampania Stefana Czarnieckiego w Danii w 1659, końcowy etap potopu szwedzkiego. Jej przebieg w koloryzowany sposób opisał w swoich pamiętnikach jeden z uczestników walk, Jan Chryzostom Pasek.

Stosunek do rodaków za granicą

Po Europie podróżowało w XVII wieku bardzo wielu Polaków, czego dowód daje diariusz prowadzony przez zwiedzających Europę synów wojewody bełskiego Jakuba Sobieskiego. Zetknęli się oni osobiście z około 30 rodakami, w tym nie tylko magnatami, ale również przedstawicielami szlachty średniej. Liczba okazuje się wyjątkowo duża, jeśli uwzględnić nakaz do którego starali się zastosować podróżnicy. Sobieski przekazał im: Co się tknie konwersacji z naszymi Polakami to już miłością ojcowską proszę was dla Boga, rozkazuję i zaklinam pod błogosławieństwem, abyście jak najostrożniej postępowali i Pana Boga o to prosić będę, aby jak najmniej Polaków było, gdzie wy będziecie stać. Ostre słowa wynikać miały ze zwadliwości, plotkarstwa, zazdrości, marnotrastwa i złych obyczajów większości przebywających za granicą obywateli Rzeczypospolitej, z których rzadki czym się tam dobrym bawi. W źródłach zachowały się inne tego typu przestrogi, choć brakuje dowodów jakoby rzeczywiście przeważająca część polskich podróżników posiadała wymienione pejoratywne cechy. Ciężko również przyjąć, że Polacy wyróżniali się pod względem wad na tle przybyszy z innych krajów.

Polacy wobec wielkich odkryć geograficznych

Krzysztof Arciszewski

Rzeczpospolita oficjalnie nigdy nie wzięła udziału w kolonizacji, ale w źródłach historycznych zachowały się pewne informacje o polskich podróżnikach odwiedzających Indie, Amerykę i inne dotąd nieznane ziemie. Byli to zarówno działający na własną rękę awanturnicy, jak i ludzie uczestniczący w oficjalnych misjach krajów kolonialnych – Portugalii, Hiszpanii i Holandii.

Kilka różnych dokumentów ukazuje podróże Polaków do Indii, a przede wszystkim założonej tam portugalskiej twierdzy Goa. Zachował się list Krzysztofa Pawłowskiego, który w kwietniu 1596 wyruszył z Lizbony do wyżej wspomnianej placówki. Swoim przyjaciołom opisał on dość dokładnie przebieg półrocznej żeglugi: minięcie Przylądka Dobrej Nadziei, fortecy Maszembik (Mozambik) i opływanie Wyspy św. Wawrzyńca (Madagaskaru). Wspomniał też liczne niebezpieczeństwa, z którymi musiała borykać się wyprawa: niekorzystne wiatry, burze, uciążliwy klimat i dziesiątkujące załogę choroby (z 500 osób do celu dotarło 160). Pawłowski z Goa wyruszył do położonej 600 km dalej twierdzy Diu. Po drodze sporządził zapiski na temat przyrody i obyczajów panujących w Indiach. Szczególne zdziwienie wywołały u niego elefanty, czyli słonie. Nie mógł też zrozumieć dlaczego Europejczycy żenią się z tubylczymi kobietami: Choć ten sam rodzaj jest czarny, jednak je pojmują Portugalczycy. I od nich się rodzą dzieci okopciałe[4]. Prawdopodobnie był to pierwszy opis Indii sporządzony przez Polaka. Do tego kraju dotrzeć miał także kasztelan brzesko-kujawski, podróżnik i dyplomata Erazm Kretkowski (1508-1558). Informacje na temat jego wędrówek pochodzą przede wszystkim z epitafium autorstwa Jana Kochanowskiego, które znajduje się na jego grobie w Padwie. Zgodnie z tekstem Kretkowski miał podróżować po Europie (Widział Istr dwuimienny, Ren i Tagus sławny[5]) i Indiach (był (…) gdzie się Ganges toczy). Kochanowski przypisał mu nawet dotarcie do źródeł Nilu, choć zapewne informacja ta nie była prawdziwa (odkrycie wypływu Nilu z Jeziora Wiktorii przypisuje się wyprawie Johna Speke i Jamesa Granta z 1861).

Do Goa podróżowali także inni obywatele Rzeczypospolitej m.in. niejaki Gabriel znany jedynie z imienia, oraz zajmujący się handlem Jan Tregier. Spisy załóg statków portugalskich sugerują, że Polaków mogło być znacznie więcej[6]. Nazwiska takie jak Przebicius, Stenislaus, Ochendorco, czy Jarzeki mogły, choć nie musiały należeć do obywateli Rzeczypospolitej. Zidentyfikować udało się natomiast niejakiego Jana Bociana – pochodzącego z Poznania kapitana kilku statków w Lizbonie. Sporo wiadomo także o gdańszczanach podróżujących na wschód. Do Indii wyruszyli między innymi pochodzący z patrycjuszowskich rodzin Hans Munkenbeck i nieznany z imienia von Holten. Inną kategorię podróżników stanowili misjonarze, wysyłani przede wszystkim przez zakon Jezuitów. Jednym z nich był Michał Piotr Boym (1614-1659), który odwiedził Indie i Chiny.

Polacy wyruszali także do Ameryki, czego przykładem był Krzysztof Arciszewski. Był to szlachcic i arianin skazany na wygnanie za zabójstwo, który po opuszczeniu kraju w 1623 osiadł w Holandii. Następnie jako kapitan piechoty wziął udział w ekspedycji holenderskiej do Brazylii, podczas której awansował do rangi admirała. Prawdopodobnie był to jedyny polski konkwistador, nic więc dziwnego, że jego postać zainspirowała wielu pisarzy m.in. Jerzego Bohdana Rychlińskiego (Przygody Krzysztofa Arciszewskiego (1935), Admirał, czart i Cyganka (1973)). Inni polscy podróżnicy w Ameryce to m.in. pułkownik wojsk holenderskich i (od 1646) generalny gubernator posiadłości holenderskich w Brazylii Zygmunt Szop oraz towarzyszący mu żołnierz Władysław Wituski.

Niekiedy polskie prace historyczne wspominają też o pochodzącym z Poznania żydzie Gasparze da Gama (1455-1510). Podróżnik ten drogą lądową dotarł do Indii, gdzie zetknął się z wyprawą portugalską Vasco da Gamy. Został przewodnikiem ekspedycji, a także przyjął chrzest otrzymując nazwisko jej dowódcy. Postać tą rzadko wpisuje się w polską historię, ponieważ Gaspar opuścił Rzeczpospolitą we wczesnej młodości, a następnie z wyboru został Portugalczykiem.

Bibliografia
Kowalski M. A. Kolonie Rzeczypospolitej, część I: Wieści o nowych lądach, rozdział 6. Polacy na dalekich szlakach (s. 28-37), Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2005, ISBN 83-11-10285-6
Łoziński W. Życie polskie w dawnych wiekach, rozdział czwarty: Dom i świat, część III (s. 236-260), Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974
Praca zbiorowa pod redakcją Andrzeja Chwalby Obyczaje w Polsce, część II: Czasy Nowożytne, rozdziały: 1.4 (Edukacja s. 123), 1.5 (Podróżowanie i transport s. 126), 1.6 (Poczta s. 127), Wydawnictwo PWN, 2005, ISBN 83-01-14253-7

Przypisy
↑ za: Baranowski B., Polska karczma, restauracja, kawiarnia, Wrocław 1979, s. 27-28
↑ za: serwis internetowy Grocholski h. Syrokomla, utwór „Dla Franciszka, Podole
↑ Listy Krzysztofa Opalińskiego do brata Łukasza 1641-1653, opr. R. Pollak, Wrocław 1957, s. 85
↑ za: Kowalski M. A. Kolonie Rzeczypospolitej, s. 32
↑ za: Syrokomla W. Przekłady poetów polsko-łacińskich epoki zygmuntowskiej, Wilno 1849
↑ za: Pertek J., Polacy na szlakach morskich świata, Gdańsk 1957
Pozostałe cytaty za Życiem polskim w dawnych wiekach Władysława Łozińskiego

źródło: Wikipedia – http://pl.wikipedia.org/wiki/Transport_i_podróże_w_I_Rzeczypospolitej

hastagi na stronie:

#Podróżny nie ma co marzyć o gościnnym pokoju o łóżku nie może nawet liczyć że zaspokoi głód Zajazd w mieście czy na wsi tym tylko różni się od zwykłego domu że składa się z jednej wielkiej izby z kominem i ma wielką stajnię dla koni

Authors
Tags , , ,

Related posts

Top